Bloog Wirtualna Polska
Jest 921 291 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


"Sąsiedzka saga"

poniedziałek, 25 stycznia 2010 8:12

Przybliżę wam obrazek pewnej "Sąsiedzkiej sagi", którą opisał pewien zmęczony lokator. Serdecznie zapraszam do przeczytania tej nie zwykle "miłej"opowieści.

„Sąsiedzka Saga”

O klatce Nr .1. na ulicy miasta Ł....
o niej tu napiszę dzieje, co się działo i co się dzieje.
By nie stracić wątku, zacznę może od początku.
*
W klatce mieszka rodzin dziesięć,
każda ma zalety i wady, ale na to nie ma rady.
Tak niestety to być musi, bo mieszkamy nie na Rusi,
ale bez kozery, pominę mieszkań nie które numery.
Bo napisać miałem chęć, zacznę od numeru pięć.
*
Mieszka tam Gosia „Samosia”, co to potrafi kląć jak szewc
na sąsiadów i wyzywać ich od gadów.
Sama za to fiku, miku, ciągnie łachmany ze śmietników.
Po czym ich nie piorąc wcale,
mało tego, wkłada je na swoje ciało.
*
A pod czwórką mieszka Pani Kasia z córką,
choć nikomu nie wadzi,
Gosia z Wacią spod siódemki, też z nią sobie poradzi.
Ubzdurały one sobie,
że Pan Władzio spod dziewiątki, wie, że nie są one świątki.
Rozpuściły plotki w tym roku, że Pan Władzio wozi je do
Białegostoku, by obrabiać je na boku.
By pokłócić z nim jego żonę,
więc wymyśliły, że obrabia obie.
*
Gosia z Wacią, tak zawarły sztamę z sobą, jak by były
jedną osobą.
Wspólnie się wspierają obie,
pozostałych sąsiadów za nic mają.
*
A gdy przyszło założyć domofony w klatce,
Obie Panie postawiły „Veto”
Teraz by dopiec sąsiadom, wpadły na pomysł taki i radę
by w drzwiach stosować blokadę. A to kamyk we drzwi
wsadzą, a to wpust w zamku otwarty,
takie są ich głupie żarty.
*
Pod siódemką mieszka Zenio z Wacią, zawiedzeni,
że przez zainstalowany domofon nie mogą
udostępnić klatki Pani bezdomnej Sz.
Wacia tak się ostatnio zachowuje, że każdemu dokopuje.
Pozornie niby delikatna,miła, ale synka z żoną rozwodem
rozdzieliła, ma on jej pomagać z kamerą i radom,
by dokopywać sąsiadom.
*
Ktoś po schodach idzie, człapie, już Wacia przy wizjerze w
drzwiach podgląda,słucha i sapie. Zaś na klatce przechodząc obok nie których sąsiadów popychając,tryksając i wyzywając,
prowokuje, myśli, że ktoś się zdenerwuje,
a Zenio na dowód tego z kameruje.
Spraw sądowych już miała Wacia kilka, a to w pracy,
to o cmentarz, jeszcze ile? Nie spamiętasz!
*
Pod ósemką mieszkają emeryci. Im też trza dokuczyć trochę, czasem wyzwać, czasem popchnąć, potrącić, aby krwi im coś utoczyć.
*
Co się stało z tym człowiekiem? taka wredna nie była dawniej, to przyszło z wiekiem.
Ale już z tym Panem z pod dziewiątki,
zaczęła robić konkretne porządki.
Trzy razy w miesiącu hydraulika wzywała, to jej się woda leje, to muzyka gra o świcie, to jej jakiś kogut pieje.
Takie jego spotkały losy, że na niego pisała donosy.
*
Do Spółdzielni też się żali, że Pan spod ósemki
na klatce papierosy pali. Nie widzi też, niestety,
że jej synalek Zenio i jej kumpelka
Gosia pali i rzucają po klatce pety.
Ze wszystkimi stają w szranki, nawet podsłuchują
za pomocą przystawionej do ściany szklanki.
*
Sąsiadowi mieszkającemu pod szóstką,
też obie Panie dawały się we znaki, szydząc,
śmiejąc się z ich postawy.
Pan i Pani z pod szóstki wyprowadzić się musieli.
Żyć im w klatce było gorzko,
to się wyniósł z żoną Pan Lebioszko.
*
Tak się Wacia rozpanoszyła i myśli, że nie w bloku
ale w kurpiowskiej puszczy żyła.
Nie ma na niej żadnej rady bo to „Baba” nie od parady.
Idąc po schodach, pomimo iż jest gruba, to jeszcze
napuszy się jak żaba ropucha.


Napisał; lokator bloku.(mężczyzna)


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,5410350,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz | Trackbacki (1)

"Spojrzenie lekarza"

piątek, 31 października 2008 5:20



Bardzo dawno nie odwiedziłam swego małego pamiętnika. Ostatnio kiedy to byłam w pięknym uzdrowiskowym kurorcie jakim jest Nałęczów. Wiadomo, że kiedy o nim pisałam, byłam nim zachwycona, ale też kiedy to korzystałam z jego uroków to nie bez przyczyny. To moja choroba wymagała tej przecudownej kuracji Nałęczowa. Najcudowniejszy narząd człowieka. To serce, o którym piszą poeci, artyści malują cudowne obrazy o serca miłości. Aktorzy grają role, które wspiera wena serca. No cóż, ale to serce żyje i jest czasem bardzo zmęczone i wymaga odpoczynku. To się jednak wiąże z leczeniem (jak wszystko inne), tak i mi się to moje serce zbuntowało. Wyczerpane szybkim życiem i stresujacą codziennością, pogonią za sukcesem. Skutek był fatalny. Zawał, po zawale, operacja. No i cóż, żyję, czuję się dość dobrze, serce moje puka i puka, może już nie tak silnie, ale rwie się do życia i napędza moje ciało i umysł energią . Stan ten zawdzięczam lekarzom kardiologom.Zaufałam im od pierwszego dnia mojej choroby, poddawałam się ich sugestiom i stawianym przez nich diagnozom. Szczgólnym zaufaniem obdarzyłam swoją doktor kardiologii, kobietę o silnym charakterze, surową a jednocześnie troskliwą o pacjęnta. To jej zawdzięczam życie i w ufność jaką obdarzyłam lekarzy kardiologii. Troskliwość, cierpliwość i zrozumienie o chorego to chyba tylko można znaleźć właśnie na oddziałach kardiologicznych u lekarzy jak i zarówno u towarzyszących im pielegniarek. Nawet spojrzenie lekarza i jego uspakające słowo, czy nawet gest, przytulenie, dotknięcie ręką przynosi wielką ulgę choremu. Takie uspakające słowa lekarza zmniejszają napięcie lękowe, zmniejszają nawet odczuwany ból. Tak też i było ze mną, chodząc na kontrolne wizyty, moja Pani doktor z uśmiechem, czasami z karcącym spojrzeniem, (kiedy to zaniedbałam jakąś wizytę) przyjmowała mnie, ucząc jak powinnam na nowo żyć. Bo tak mogę powiedzieć. Życie na nowo, ale już nie brać go garściami, bez pośpiechu, bez zbędnego stresu, gnaniem za czasem,  bez nerwowych napięć. Tak też starałam się pohamować swoje dotychczasowe zapędy i inaczej patrzeć na świat, na ludzi i na moich najbliższych. Z  pokorą przyjęłam serdeczne wskazówki moich lekarzy. Darzę ich wielkim uznaniem, bo Ci lekarze walczą z chorobą i ze śmiercią. Walkę tę prowadzą do końca, choć wszystko wydaje się stracone. Nie bedę opisywała jak przeżyłam swoją chorobę, ile cierpienia i bólu zniosłam, to już jest poza mną i każdy może się domyśleć co czułam. Ważne, że żyję i pracuję. Na pewno już nie w takim tempie, ale (jak wiadomo jest to "Mały pamietnik malarki") więc maluję. Jest to moja pasja, moje zauroczenie tę sztuką. Nie mam już swojej pracowni do której niegdyś gnałam rankiem i wracałam późnymi wieczorami do domu. Dziś moja sztaluga, paleta z farbami stoi na środku mojego pokoju i przyciąga mnie jak magnes. Białe płótno zamieniam w barwne plamy, które przybierają kształty obrazu. I spokojnie, małymi kroczkami, do przodu kształtowałam po chorobie swoje codzienne życie. Przy pomocy mojego miłego zięcia (dobrego znawcę ) kupiłam komputer. Zajęłam się nauką (pracy na komputerze). Opanować wszystkie tajniki, obsługi komputera też nie łatwa sprawa, ale, że jestem z natury ambitną osobą, więc dość szybko pojęłam zasady komputera i jego nadzwyczajną naturę. Internet to już był dodatkiem do mojego "Ja potrafię" bo przecież moja najbliższa młodzież w mojej rodzinie nie wierzyła we mnie. Śmieszne "babcia przy koputerze, nie zna języka angieskiego i jak sobie poradzi, hahah.." Pewnie słuszne były ich przypuszczenia, bo przecież kiedy to uczęszczałam do szkoły, nie uczono mnie języków obcych z wyjatkiem jednego, rosyjskiego. Chcąc jednak pokazać moim dzieciom, iż ich matka powinna być dla nich autorytetem do końca. Postanowiłam nie poddać się zwątpieniom dzieci, a i także mojemu. Nie, nie jestem za stara, mam zdrowy umysł, dusza też rwie się do czynnego życia. I tak przy pomocy oczywiście jak (już wspominałam) męża mojej córki, uczyłam się, uczyłam się. Dziś dość dobrze sobie radzę, pracuję na komputerze, projektuję, maluję i wszystko to co można robić,  jak to mówią małolaty na "kompie" Wspólnie z zięciem założyliśmy w intrnecie "Forum -malarstwo". Dziś ono jest największe w Polsce. Jestem dumna iż młodzi ludzie i już doświadczeni artyści, którzy pasjonują się malarstwem są aktywnymi użytkownikami. Jestem bardzo  zaangażowana w to życie mojego forum. Przy Forum jest moja strona z galerią mojej twórczości, czyli moje dzieła , moje obrazy. Pomimo, że wszystko wskazywało na to iż nie wygrzebię się z mojej choroby i apatii jaka mnie ogarneła po operacji serca, to jak w tej piosence zaspołu "Fell" "Pokonać siebie". Ja to zrobiłam. Pokonałam siebie przy pomocy "dobrego anioła"moją Panią doktor.To ona mi zaleciła śmiech, spokój, dobry humor; jako lekarstwo. Zrozumiałam iż ból jest tylko przejściowy w końcu zniknie. Gdybym się poddała, trwał by wiecznie w całym moim ciele i duszy.
To co wyżej napisałam to jest tylko wzmianka, wstęp do tego tytułu jaki nadałam "Spojrzenie lakarza" bo inną chcę opisać sytuację dla porównania spojrzenia lekarza na chorego. Nie liczę chorób typu "grypa", ból głowy i inne, które ze zmianą pogody czy też diety przychodzą. Każdy tak ma. Ale, ale.




Kiedy to wyruszyłam w piękny, słoneczny poranek niedzielny na krótki plener z aparatem do lasu, a przy okazji na zbieranie grzybów, szczególnie interesowały mnie  "Kanie" bo przecież snułam plany co do moich imienin, jakie potrawy przygotuję dla moich gości. Kanie były by nie lada dobrym przysmakiem na stole. Razem z mężem uzbieraliśmy sporą gromadkę tych grzybów a i pstryknęłam kilka ładnych jesiennych fotek do mojego albumu zdjęć. Zadowolona i szczęśliwa, napełniona barwami jesieni, zapachem grzybów i lasu, wróciliśmy do domu.  Rano w Poniedzialek obudzil mnie wielki ból nóg. Nie mogłam podnieść się. Stanąć na własnych nogach, stało się nie możliwe. Łzy zalały moją twarz. Ból przeszywał moje nogi. Wystraszona zaczęłam wzywać męża. Nic innego tylko jedyną pomocą mógł być lekarz. Więc kurcząc się z bólu stanęłam na bolące nogi. Za pomocą męża ubrałam się i ruszyłam do lekarza. Każdy krok przysparzał mi cierpienie. Ten ból stał się dla mnie złym sędzią. Chyba najgorszy, bo zaczajony i zaskakujący jak wróg. W przychodni u mojego lekarza rodzinnego akurat nie było dużo pacjentów (na moje szczęście), ale swoje trzydzieści minut musiałam odczekać, pomimo cierpienia, pomimo łez nikt mnie nie przepuścił pierwszej do lekarza. Starsze panie z politowaniem patrzyły na mnie, kiwały głowami, ale uznały, że każda jest chora, chociaż przyszły tylko po receptę na leki. No cóż kiedy nadszedł mój numerek do lekarza, weszłam zgarbiona, przełamana w pół z bólu do mojej rodzinnej lekarz. Ze łzami w oczach opowiedziałam lekarce co mi dolega. Pani doktor ze zrozumieniem popatrzyła na mnie i dotykając moje bolesne miejsca na ciele, uznała iż potrzebne mi są leki.
Wypisała receptę na dwa rodzaje zastrzyków przeciwbólowych, Było ich razem dziesięć. Do tych leków dołączyła jeszcze dwie opakówki lekarstw, też przeciwbólowych. Zaleciła mi leżenie i wygrzewanie się. To wszystko, co jak stwierdziła może dla mnie zrobić. Zapewniła również, że wszystko bedzie dobrze i ból ustąpi.
Dlaczego taki ból, co mogło być przyczyną takiego zjawiska choroby? nie dowiedziałam się. Po wizycie udałam się natychmiast do apteki wierząc w swoją lekarz, bo przecież ta wiara czasami skuteczniej pomaga niż zapisane lakarstwo. Cierpiąc z bólu stawiałam krok po kroku, każdy kamyk, każda nierówność na chodniku sprawiała mi trudność w poruszaniu się. Idący przechodnie spogladali na mnie.
 Pęłna nadzieji, że po zażyciu lekarstw uporczywy ból ustąpi wróciłam do przychodni by w zabiegowym gabinecie zrobiono mi pierwszy zastrzyk. i tak wróciłam do domu. Czkając na pierwsze efekty działania leków, przyjęłam jeszcze dodatkowe pigułki z recepty według zaleceń lakarki. Nadszedł wieczór, pora na ułożenie się do snu i wtedy to nastąpił najstraszniejszy nie do zniesienia ból. (nie potrafię innym słowem określić to uczucie). Jedynym ratunkiem było pogotowie. Więc "zapakował" mnie mąż do samochodu i powiózł na izbę przyjęć do szpitala.Tam też, wiadomo nie byłam tylko jedyna cierpiąca. Niemal w tej samej chwili pogotowie przywiozło starszą panią z zawrotami głowy.
Pielegniarka wezwała dyżurującego lekarza. Po jakieś chwili pojawił się. Wyglądał na zmęczonego lub zaspanego, takie robił wrażenie. Ja natomiast skrecając się i płacząc próbowałam zwrócić jego uwagę na siebie, ale gdzie tam.. pan doktor zajął się papierkami, (kartami, książeczkami zdrowia) panią, którą przywieziono pogotowiem. Potem przeprowadził z nią krótki wywiad i przystąpił do jej zbadania. Mną się nie zainteresował, jak by mnie nie było, jak powietrze mnie potraktował, pomimo iż płakałam a kulejąc przemierzałam gabinet w jedną i w drugą stronę. Trwałam w tym stanie około godziny i czekałam aż przyjdzie na mnie kolej, kiedy to zapyta mnie. Co mi jest? Wreszcie nadeszła ta oczekiwana chwila, lekarz zapytał , co mi dolega? Więc ze łzami w oczach, szlochając i jąkając się w mojej boleści, opowiedziałam mu co mnie boli. Pokazałam mu leki, które miałam przepisane. Lekarz obejrzał moje nogi, zerknął na leki i zalecił godzinną kroplówkę przeciwbólową. Moja poprzedniczka i ja ułożyłyśmy się na odpowiednich do tego zabiegu łóżkach. W przerwach piętnasto minutowych pielęgniarka odwiedzała nas, pytając o poprawę. Czułam, że ból nie ustępuje, pomoc taka nie mogła odnieść skutku. Po godzinie lekarz dyżurujący przekazał mnie spcjaliście neurologowi. Ten zaś, to samo badanie przeprowdził co jego poprzednik. Finał był taki. Ze względu mojej choroby serca nie można mi przepisać innych leków jak tylko te , które już mam, no i jeszcze przepisał następne pigułki, oczywiście też przeciwbólowe, tylko może o innym składzie chemicznym. Razem miałam już ich opakowań osiem, nie licząc zastrzyków. Zalecił mi pobrać je wszystkie i udać się do mojej lekarz rodzinnej po skierowanie do przychodni neurologicznej i po skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa i nogi. No i odesłał mnie do domu. Wszystko to działo się w jednym dniu. Powrót do ganinetu zabiegowego na zastrzyk, potem oczekiwanie na  wizytę u lekarz (co była bardzo zdziwiona i nie chętna by mi takie skierowanie dać, bo przecież już mnie badał neurolog na pogotowiu i jak kiedyś wspomniała, każde skierowanie kosztuje ja dwa zł.) a potem jeszcze na prześwietlenie. Tam też wielka kolejka, kłucący się pacjenci, narzekający i stękajacy jak ja. To wszystko potęgowało mój ból. W tym maratonie do lekarzy pomagał mi mąż i jak dobrze bo przecież nie dałabym sobie sama rady. Na następny dzień, mój mąż wstając wczesnym rankiem to jest godzina czwarta, pojechał mnie zarejestrować do neurologa. Tak, uwierzcie, tak rano , bo przecież neurolog tylko może przyjąć sześć osób. Powyżej tej liczby, już numerków nie ma. Szcześliwa, że może już po tej wizycie, zakończy się moje cierpienie. Liczyłam na pomoc i diagnozę. W gabinecie lekarz uważnie mnie zbadał, "noga w górę, noga w dół", popukał młotkiem po kolanie, spojrzał mi prosto w oczy, pokazał palec i kazał wzrokiem za nim wodzić. Usiadł na swoim gabinetowym fotelu i rozpoczął zapisywanie kolejnej recepty.(ogladając moje dotychczasowe leki) Zalecił mi bym je w dalszym ciagu brała i jeszcze dodatkowo jego zapisane "czopki" Po za tym kazał się wygrzewać w łóżku, nic nie dzwigać i czekać aż ból minie. A napewno minie.Po zażyciu tych leków, odwiedzić go na badanie kontrolne. Po tym orzeczeniu wyszłam z gabinetu jak by z nadzieją, bo przecież byłam u specjalisty, a wiara w lekarza często bardziej pomaga niż sam lek. Usiadłam na ławkę i się zastanowiłam, że przecież dotychczasowe leki też mi neurolog kazał brać, wiec czas znowu na zastrzyk. I tak kolejne dni. Rano wstawałam z rwącą od bólu nogą na zastrzyk do przychodni, potem trzy razy dziennie proszki przeciwbólowe no i dodatkowo czopki. Mowy nie było i leżeniu (jak to Ci lekarze mi zalecali, twarde podłoże i wygrzewanie), jakie ciepło mogłam sobie zapewnić, chodząc codziennie na zastrzyki. Codzienne mycie się, każde stąpniecie stopą wywoływało cierpienie, nie mówiąc już o pokonywaniu odległości od domu do gabinetów lekarzy. Chciałam jeszcze zaznaczyć iż mieszkam na czwartym piętrze i wchodząc schodek po schodku do góry zajmowało mi sporo czasu i sporo łez. Żaden z tych lekarzy nie pomyślał jak mi ułatwić to leczenie, żaden a zwłaszcza lekarz rodzinna nie pomyślała by może mi zlecić pielęgniarkę do robienie zastrzyków. Bym mogła rzeczywiście wygrzewać się jak to zalecała? Żaden z tych lekarzy nie pomyślał, że tyle leków przeciwbólowych może zaszkodzić a nie pomóc. Nie postawił jednoznacznej diagnozy, Jedynie snuli przypuszczenia, może to "rwa kulszowa", może kręgosłup uszkodzony, a może jeszcze jakieś zapalenie? Tak neurolog wspomniał, że by mi przepisał taki lek jak go nazwał "Młot",on by mnie od razu postawił na nogi, ale przecież takiego lekarstwa ja nie mogę przyjąć ze zrozumiałych wzgledów. A czy takie ilości, które miałam zalecone nie nad wyrężyły mojego zdrowia? Wszystko jest trucizną, Uważam, że tylko o wyleczeniu decyduje odpowiednia dawka. Ale wracając do tematu dalszego ciągu tej mojej opowieści to oczywiście wszystkie leki zażyłam, ryzykowałam zdrowiem by tylko ustąpil ból. Zaczęłam sama swoje stosować kuracje (bo te leki to o kant d... potłuc, nic mi nie pomogły).Wchodziłam z trudem do wanny, ogrzewajac się gorącą wodą. Dwa razy dziennie połykałam "Polopirynę S" bo przecież w ulotce jej opakowania pisze, że jest przeciwbólowa i przeciwzapalna. Dziś minęło już od tego wydarzenia całe trzy tygodnie. Ten najgroźnieszy i przeszywający ból minął, Odczuwam jeszcze jakieś kłucia i lekkie skurcze mięśni, ale już mogę chodzić swobodnie po domu. Ale jak wygladam po takiej kuracji specjalistów? Panie Boże pożal się na...Oczy podpuchnięte, osłabina, zmęczona, bez snu, czuję się jak"zbity pies" Ciało moje jest obolałe i jak myślicie czy lekarz wierzy w stosowany lek jaki przepisuje choremu? bo jeśli nie, to i ten lek traci skuteczność. Tak sądzę, że te leki to tak mi przepisywali na chibił, trafil. Jak nie ten, to inny może będzie skuteczny. I tak jak nasze babcie mawiały, że mądry człowiek powinien uczyć się sam, jak leczyć swoje choroby. Zaś lekarze traktują pacjenta bardziej po ludzku, kiedy to wiedzą, że już z choroby nie wyjdzie. Znają tajemnice wyleczenia, ale zapewniają sobie umiejętność jej przedłużenia. Co za tym idzie? większa ilość pacjentów - więcej pieniędzy. Apteki też mają zapewnioną kasę, bo przecież sporo i ja wydałam forsy na te przeciwbólowe "narzędzia" Powiecie, że wyżej pisałam w samych pozytywnych słowach o lekarzach. Tak to prawda, ale "jakich" lekarzach? Są lekarze z powołania i są lekarze, którzy zostali nimi tylko dla pieniędzy (bo jest to popłatny zawód) a jeszcze inni dla kariery, by sobie poprawić status społeczny.
Ogólnie mówiąc, żeby wierzyć w lekarzy i ich potęgę to trzeba być zdrowym. Samemu zaś trudno być lekarzem w stosunku do swojego zdrowia. Nawet najstraszniejsza choroba jest do zniesienia, kiedy to spojrzenie lekarza jest ciepłe, zapobiegliwe, rozpoznawalne, kiedy pacjent czuje ulgę i słyszy uspakające słowa lekarza. Jutro idę na kontrolną wizytę do neurologa. Muszę wcześniej się położyć spać, bo przecież rankiem godz. czwarta trzeba stać przed szpitalem w kolejce do rejestracji, bo jak wyżej wspomniałam tylko sześciu pacjentów moze liczyć na wizytę u lekarza specjalisty.
Tymi słowami zakończę moją historię o lekarzach. Ciekawe co dalej mi zaleci specjalista neurolog przy badaniu kontrolnym. Pewnie rehabilitację to teraz są modne zabiegi.

 






Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3861128,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz | Trackbacki (1)

Perełka Polski....

niedziela, 23 września 2007 9:48

Nałęczów, piękny kurort uzdrowiskowy.

"Perełka Polski" Cudowny park liczący sobie 24 hektary. Miasteczko malrzy, pisarzy i muzyków. Byłam tam przez długie trzy tygodnie. Słowami ciężko jest opisać ten pełen zieleni park, ogromnych, niespotykanych w innych regionach Polski drzew.Między drzewami wznoszącymi się do nieba, iskrzą się bielą pałace. "Książe Józef", "Stare łazienki" i prześliczny "Pałac Małachowskiego". W centrum parku rozpościera się jezioro z "Wyspą miłości".Jezioro o wodzie w kolorze pięknej zieleni w której odbijają się cieniem płaczące, rozłorzyste wierzby, zaś do tej zielonej toni jeziora, zagląda i tonie swym blaskiem pałac "Książe Józef". Na wodzie wznszą się białe łabędzie, dostojnie i dumnie wznoszą swe głowy, jak by mówiły "patrzcie i podziwjajcie przechodnie naszą urodę w blasku nałęczowskiego parku...".wznoszą się czasami w górę trzepocząc silnie skrzydłami .Rozpluskują wodę, w której pływają królewskie ryby, czerwienią i kolorem złota połyskują miedzy dzikimi, kolorowymi, kaczkami. Nałęczów..to miasteczko w którym przebywali i tworzyli swoje wielkie dzieła, Żeromski, Sienkiewicz, Prus i inni wielcy artyści. Boleslaw Prus siedzi sobie na ławce przed "Pałacem Małachowskiego" i przynosi szczęście tym, którzy zatrzymują się przy jego postumencie. Nie dziwię się naszej wielkiej elicie sztuki, że ukochali sobie to miasteczko, w którym można cicho, spokojnie w pięknej scenerii przyrody tworzyć swoje dzieła, można uzdrawiać swoją duszę i ciało.Jeśli malarzu, pisarzu, muzyku, będziesz w tych stronach, to wstąp do Nałęczowa.Zobacz perełkę naszego kraju. "Książe Józef"

 Jeziorko w parku nałęczowskim.

 B.Prus na ławce przed "Pałacem Małachowskiego"

 " Dumne ptaki"

 "Wyspa miłości" w nałęczowskim parku. I to zakończę tę małą wyprawę do Nałęczowa.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2438700,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz | Trackbacki (1)

W poszukiwaniu wspomnień

wtorek, 26 czerwca 2007 11:47

Pięknie się zapowiadała niedziela.Postanowiłam więc jechać w stare miejsca ,gdzie bywałam na plenerach.Chciałam ożywić wspomnienia z pieknej Czartorii.Kiedy ostatnio ją opuszczałam ,w pamieci miałam jej piękne widoki,białe piaszczyste pagórki porośnięte ,strzelistymi wysoko jałowcami. U podnóża tych pagórków rozpościerała się błękitna wstęga rzeki Narwi.Czartoria mała wioska ,gdzie mieszkańcy hodowali konie,Wypędzali je na zielone ,rozległe pastwiska .Piękny to był widok ,kiedy w słońcu na przemian w cieniu szybko pędzących od wiatru chmur konie baraszkowały na trawie.Tam też jak już wspominałam w poprzednim bloogu ,malowałam obrazy.Czartoria miała w sobie to "Coś" co przyciągało malarzy ,muzyków i cały ten światek artystyczny.Romantyczne stare wiejskie domki z ogródkami przy piaszczystej drodze .Przy płotach sterczące ,kolorowe ,wysokie kwiaty"Malwy".Studniane żórawie na podwórkach niosły po wsi echo wyciąganej w wiadrach wody.Nad chatami gospodarstw ,stały wysokie o mocnych ,jasno-brązowych konarach sosny.Tworzyły szumiacy ,gesty las.Biedna to była wioska,pola piaszczyste nie przynosiły urodzaju toteż gospodarze hodowali konie i zajmowali się zbieraniem grzybów i jagód.Sprzedawali na skupie i to było ich dochodem.Po wielu latach pojechałam tam szukać swojej "weny" ,odnależć piękne te widoki ,romantyczne chaty i wzgórza pokryte zielonym lasem i te konie pędzące tabunami po piaszczystym stepie Czartorii. Myślałam ,wróciłam ,mam temat do obrazu.....ale to już nie to.zawiodłam się,przecież czas płynie i wszystko sie zmienia.Czartoria straciła swój piękny romantyczny widok.Stoją tam teraz wielkie ,wysokie domy,wille ogrodzone ozdobnymi murami.Studnie zaś są ozdobą na działkach przy domostwach.Kwiaty to już nie "malwy "ale wiszące w donicach "pelargonie" kołyszą się na tarasach domów.Białe piaski porosły żółto-zieloną trawą.Brzegi rzeki zarosły gęstymi zaroślami ,nie widać już tej błękitnej wstęgi rzeki. A koni ? jak w piosence "Nie ma koni..."są tylko samochody które pedzą po asfaltowej ,czarnej drodze.Moje marzenie o uroczej cichej Czartoii prysło i gdzie ten temat do obrazu? romantycznej ,pachnącej polami,lasami ,rzeką ,piaskami i wysokimi jałowcami polskiej wsi.Nie ma...Bo czego się mogłam spodziewać w 21 wieku? a oto co jeszcze zostało z moich marzeń o Czartorii. Trawy i zarośnięty brzeg rzeki..może i ten widok uwieńczę na obrazie?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2057646,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz | Trackbacki (1)

Mój przyjaciel pies

niedziela, 10 czerwca 2007 14:29

 "Psina" tak nazywają go mieszkańcy małego miasteczka do którego przyjeżdżam każdego tygodnia w czwartek.Dlaczego piszę o tej "psinie".Otóż chcę pokazać wszystkim czytającym mój "Mały pamietnik malarki"krótką historyjkę tego bezdomnego, mojego przyjaciela psa.Pewnego zimowego ,mrożnego poranka na plac przed cmentarzem tegoż miasteczka zajechał piękny samochód ,(wspominają okoliczni ludzie)..że to był elegancki "mercedes".Z tego samochodu wysiadły dwie młode" Panie"Jedna z pań otworzyła bagażnik . Wyprowadziła z niego na sznurku psa.Skierowała się z psem do cmentarnej bramy,i tam go zostawiła,przykazując zwierzęciu aby czekał. Sama zaś z drugą panią wsiadły do samochodu i odjechały...Pies nie posłuchał swojej pani,biegł przez dłuższą chwilę za samochodem,biegł ,biegł..zabrakło mu sił ,zatrzymał się,rozejrzał się ,gdzie jest ? i zapewne pomyślał że "pani "kazała mu przecież czekać !.Wrócił na to miejsce na plac koło cmentarza i czekał,czekał. Poznałam tego psa jak przyszedł do mnie i patrząc swoimi mądrymi oczyma,merdał przyjażnie ogonem.Chciał jeść .Zdecydowałam się, iż pójdę do sklepu i kupię mu jedzenie,pies oczywiście mi cały czas towarzyszył w drodze,podskakiwał,popiskiwał radośnie ,machał ogonem i wpatrzony we mnie zajadał łapczywie.Od tamtej pory minęło cztery długie lata.Psem zainteresowały się inne dwie dobre panie,dały schronienie i wyżywienie.Ale pies nie zmienił swego pobytu .Jest ciągle na placu przed cmentarzem .Każdego tygodnia w czwartek czeka na mnie,siedząc obok jezdni wypatruje mojego samochodu i tak zostajemy razem przez parę godzin,chodzimy do sklepu,jemy smakołyki i bawimy się.Potem muszę wracać ."Psina" o tym wie ..żegnam go głaskaniem i przytulaniem i mówię .."Do przyszłego czwartku...'Wiem że ten pies czeka,czeka na mnie i nie tylko na mnie,, ale ten wierny przyjaciel pies czeka na te "Panie" które go porzuciły i kazały czekać.Ktoś by zapytał..dlaczego go nie wziełaś do siebie? ,nie dałaś mu domu? .Otóż ten niezwykle mądry i niezwykle przyjacielski pies chce tam pozostać ,wiem o tym .Swoim zachowaniem o tym mi mówi w każdy czwartek,każdego tygodnia.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,1980686,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz | Trackbacki (1)

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 28 stycznia 2012

Licznik odwiedzin:  3 677

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O mnie

Mieszkam w małym mieście nad piękną rzeką "Narwią".Wokół miasta rozściela się piękna przyroda z lasami,z polami i nadnarwiańskim parkiem krajobrazowym. Jestem malarką ,Zajmuję się malarstwem od wielu lat.Głównie maluję obrazy techniką olejną na płótnie.Pasjonuję się symbolistyką ,toteż moje obrazy odzwierciedlają tematykę symboli.Drugą moją pasją w sztuce malowania są konie,akty i obrazy dzieci,(maluję je także na zamówienie).Jeśli ktoś chciałby nawiązać ze mną kontakt, wymieniać korespondencję na temat malarstwa i sztuki,to jestem otwarta na wszystkie propozycje a także przyjmę każde zamówienie na kupno obrazu.Serdecznie Zapraszam do mojego bloogu.

O moim bloogu

Serdecznie zapraszam do obejrzenia krótkiej historii powstawania moich obrazów

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 10.05.2011 20:55:52
  • autor: pisfuwa
  • treść: Niezły blog!!...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3677
Wpisy
  • liczba: 5
  • komentarze: 6
Galerie
  • liczba zdjęć: 7
  • komentarze: 0
Księga gości: 2
Punkty konkursowe: 200
Bloog istnieje od: 1699 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 26.01.2009 16:20:22
  • autor: karolina
  • punkty: 100
  • treść: Dam z czystym sercem...

Lubię to